9 kwietnia 2012

KARPACZ, HARRACHOV, ŚNIEŻKA 2012

Porządki, sprzątanie, mycie okien, trzepanie dywanów, kolejka do spowiedzi, przynieś to - przynieś tamto, kolejka do kasy w sklepie, kolejka do myjni samochodowej, kolejka na stacji paliw, wszędzie pełno nerwowych ludzi, wózki sklepowe wypchane zakupami, szał w oczach, szybciej, prędzej, więcej, pan tu nie stał... alleluja zbliża się Wielkanoc.

Stop... w tym roku po raz pierwszy postanowiliśmy wyrwać się z tego ogranego rytmu i jak gdyby nigdy nic  postanowiliśmy na święta... powłóczyć się po pustych górach z dala od Lidla i innych świątyń narodowego konsumpcjonizmu.


KARPACZ

Karpacz przywitał nas lekko zaspany, cichy i całkowicie pozbawiony wielkanocnych emocji.  Owszem oczekiwaliśmy świętego spokoju ale to miasteczko wyglądało na wyludnione niczym Czernobyl. A lista potencjalnych atrakcji była cienka jak rosół w Auschwitz. W takich okolicznościach rodzina nagle zaczyna żyć zupełnie odmiennym życiem - bez cywilizacji, bez tysięcy codziennych rozpraszaczy, telefonów, TV, komputerów i innych applowskich artefaktów, bez pośpiechu i niczym nie zmąconych umysłów, odkrywamy się z innej strony a naszą główną atrakcją okazują się wzajemne rozmowy i niczym nie zmącone przebywanie ze sobą. Na co dzień (w pogoni za własnym ogonem) chyba nam to trochę umyka - choć nie zdajemy sobie z tego sprawy.

A więc (kto mi zabroni zaczynać tak zdanie) rozpoczynamy wałęsanie się po lekko wyludnionym ale klimatycznym miasteczku Karpacz, które w swoim niezdecydowaniu plątało się nieustannie nie wiedząc czy jeszcze chciało być zimowe czy już wiosenne.

 
Gdzieś tam w oddali Śnieżka.
Niczym nie zmącony spokój i cisza o jaką coraz trudniej...
Ktoś kiedyś wydał na tego mercedesa w jakimś niemieckim salonie majątek
a potem przez długi czas cieszył się jego niczym nie skalaną europejską świetnością.
Pierwszy właściciel pewnie czasami go jeszcze wspomina.
Park rozrywki na miarę Karpacza.

Bardzo stary cmentarz przy świątyni Wang.
Kościółek WANG wyprodukowany w Norwegii, przywieziony do Polski
i poskładany bez żadnego gwoździa.
Czy ta opowieść nie trąci lekko IKEĄ;-)


HARRACHOV

Krótki wyskok do bardzo zimowego Harrachova aby obejrzeć kompleks skoczni narciarskich. W tym małym miasteczku jest - uwaga - osiem skoczni narciarskich. W tym jedna mamucia K-185 na której co roku odbywa się puchar świata w lotach narciarskich.
Będąc na miejscu nie trudno zauważyć, że Harrachov jest mocno zdominowany a wręcz zmonopolizowany przez jednego człowieka: Pavel PLOC. Kiedyś świetny czeski skoczek obecnie Pan i Władca Harrachova. Restauracja Pavel Ploc - Hotel Pavel Ploc - wypożyczalnia nart Pavel Ploc - szkółka skoczków narciarskich Pavel Ploc i UWAGA GWÓŹDŹ PROGRAMU - kto jest starostą Harrachova? Tak - Pavel Ploc:-))

Po prawej skocznia mamucia.
Rekord długości lotu: 215,5 m należy do Matti Hautamakiego.
Co ciekawe, nasz Robert "kapitan grawitacja" Mateja jako pierwszy Polak
przekroczył tutaj barierę 200 metrów i w 2001 roku do niego właśnie należał
rekord tej skoczni.
(Wiem, wiem - brzmi to jak legenda o smoku wawelskim).
Czyj pensjonat? no nie może być inaczej...:-)
Tylko w kwestii przypomnienia - jest 8 kwietnia - wiosna!



ŚNIEŻKA

Ta niepozorna górka oferuje całkiem wymagające podejście ale i ciekawe widoki (bywa, że widoczność sięga nawet 200 km). My zaliczyliśmy wejście zimą co było doznaniem nie tylko mroźnie przenikającym ale i komicznym bo nie sposób było nie zaliczyć nieoczekiwanej pozycji horyzontalnej - raz po raz ktoś nagle znikał i lądował na poziomie zero. Generalnie wiało i było zimno ale Śnieżka pod tym względem jest zaskakująca - przez cały rok średnia temperatura nie przekracza tutaj 10 stopni, brrr. Uważać trzeba też z mgłami - występują one tutaj średnio 200 dni w roku. Jednym słowem Śnieżka jest dość kapryśna - jak to kobiety.

Ruszamy w górę - z każdym krokiem znika zieleń a przybywa śniegu.
Pogoda rewelacyjna.

Na górze niezmiennie panuje piękna zima.
Ruszamy w kierunku Śnieżki.
A na dole wiosna...
Całkiem wymagające podejście po śliskim śniegu.
Chwila wypoczynku, pełne słońce, minus 10 stopni
a powietrze w płucach ostre jak żyleta. 
Coraz wyżej - i coraz większy wiatr, który natrętnie wtyka śnieg w oczy, nos i w usta.
Czy to jeszcze Karkonosze czy już Himalaje?
Jesteśmy na górze i choć to tylko 1600 m. warunki iście alpejskie.
Karkonosze u naszych stóp.
Atrakcyjny widok na samotne schronisko Dom Polski.
Widoczne dwie alternatywne drogi na Śnieżkę.
Zejście po tych zmrożonych kamieniach to nie lada sztuka gimnastyczna. 
Kolejna atrakcyjna wywrotka poprzedzona sekwencją piruetów.
Wracamy zmarznięci w dół. 

I choć było uroczo w głowach mamy już Rzym w którym będziemy za niecałe trzy tygodnie. Już teraz jest tam prawie 30 stopni więcej. Więc żegnaj zimo, żegnaj kurtko puchowa, żegnaj zmarznięta stopo.

Wielkanoc spędziliśmy w tym roku eksperymentalnie i zupełnie odmiennie - bez uroczystych śniadań, tłustych świątecznych obiadów, nieustannego zapełniania i opróżniania zmywarki, bez długich wieczorów przed TV i bez komputerów - no dobra... mieliśmy dwa maluteńkie Ipady i mnóstwo wifi w hotelowym pokoju;-)
Reasumując - święta poza domem? - Whyczemu nie... zdecydowanie do powtórki. 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz