Porządki, sprzątanie, mycie okien, trzepanie dywanów, kolejka do spowiedzi, przynieś to - przynieś tamto, kolejka do kasy w sklepie, kolejka do myjni samochodowej, kolejka na stacji paliw, wszędzie pełno nerwowych ludzi, wózki sklepowe wypchane zakupami, szał w oczach, szybciej, prędzej, więcej, pan tu nie stał... alleluja zbliża się Wielkanoc.
Stop... w tym roku po raz pierwszy postanowiliśmy wyrwać się z tego ogranego rytmu i jak gdyby nigdy nic postanowiliśmy na święta... powłóczyć się po pustych górach z dala od Lidla i innych świątyń narodowego konsumpcjonizmu.
KARPACZ
Karpacz przywitał nas lekko zaspany, cichy i całkowicie pozbawiony wielkanocnych emocji. Owszem oczekiwaliśmy świętego spokoju ale to miasteczko wyglądało na wyludnione niczym Czernobyl. A lista potencjalnych atrakcji była cienka jak rosół w Auschwitz. W takich okolicznościach rodzina nagle zaczyna żyć zupełnie odmiennym życiem - bez cywilizacji, bez tysięcy codziennych rozpraszaczy, telefonów, TV, komputerów i innych applowskich artefaktów, bez pośpiechu i niczym nie zmąconych umysłów, odkrywamy się z innej strony a naszą główną atrakcją okazują się wzajemne rozmowy i niczym nie zmącone przebywanie ze sobą. Na co dzień (w pogoni za własnym ogonem) chyba nam to trochę umyka - choć nie zdajemy sobie z tego sprawy.
A więc (kto mi zabroni zaczynać tak zdanie) rozpoczynamy wałęsanie się po lekko wyludnionym ale klimatycznym miasteczku Karpacz, które w swoim niezdecydowaniu plątało się nieustannie nie wiedząc czy jeszcze chciało być zimowe czy już wiosenne.
 |
| Gdzieś tam w oddali Śnieżka. |
 |
| Niczym nie zmącony spokój i cisza o jaką coraz trudniej... |
 |
Ktoś kiedyś wydał na tego mercedesa w jakimś niemieckim salonie majątek a potem przez długi czas cieszył się jego niczym nie skalaną europejską świetnością. Pierwszy właściciel pewnie czasami go jeszcze wspomina. |
 |
| Park rozrywki na miarę Karpacza. |
 |
| Bardzo stary cmentarz przy świątyni Wang. |
 |
Kościółek WANG wyprodukowany w Norwegii, przywieziony do Polski i poskładany bez żadnego gwoździa. Czy ta opowieść nie trąci lekko IKEĄ;-) |
HARRACHOV
Krótki wyskok do bardzo zimowego Harrachova aby obejrzeć kompleks skoczni narciarskich. W tym małym miasteczku jest - uwaga - osiem skoczni narciarskich. W tym jedna mamucia K-185 na której co roku odbywa się puchar świata w lotach narciarskich.
Będąc na miejscu nie trudno zauważyć, że Harrachov jest mocno zdominowany a wręcz zmonopolizowany przez jednego człowieka: Pavel PLOC. Kiedyś świetny czeski skoczek obecnie Pan i Władca Harrachova. Restauracja Pavel Ploc - Hotel Pavel Ploc - wypożyczalnia nart Pavel Ploc - szkółka skoczków narciarskich Pavel Ploc i UWAGA GWÓŹDŹ PROGRAMU - kto jest starostą Harrachova? Tak - Pavel Ploc:-))
 |
Po prawej skocznia mamucia. Rekord długości lotu: 215,5 m należy do Matti Hautamakiego. Co ciekawe, nasz Robert "kapitan grawitacja" Mateja jako pierwszy Polak przekroczył tutaj barierę 200 metrów i w 2001 roku do niego właśnie należał rekord tej skoczni. (Wiem, wiem - brzmi to jak legenda o smoku wawelskim). |
 |
| Czyj pensjonat? no nie może być inaczej...:-) |
 |
| Tylko w kwestii przypomnienia - jest 8 kwietnia - wiosna! |

ŚNIEŻKA
Ta niepozorna górka oferuje całkiem wymagające podejście ale i ciekawe widoki (bywa, że widoczność sięga nawet 200 km). My zaliczyliśmy wejście zimą co było doznaniem nie tylko mroźnie przenikającym ale i komicznym bo nie sposób było nie zaliczyć nieoczekiwanej pozycji horyzontalnej - raz po raz ktoś nagle znikał i lądował na poziomie zero. Generalnie wiało i było zimno ale Śnieżka pod tym względem jest zaskakująca - przez cały rok średnia temperatura nie przekracza tutaj 10 stopni, brrr. Uważać trzeba też z mgłami - występują one tutaj średnio 200 dni w roku. Jednym słowem Śnieżka jest dość kapryśna - jak to kobiety.
 |
Ruszamy w górę - z każdym krokiem znika zieleń a przybywa śniegu. Pogoda rewelacyjna. |
 |
| Na górze niezmiennie panuje piękna zima. |
 |
| Ruszamy w kierunku Śnieżki. |
 |
| A na dole wiosna... |
 |
| Całkiem wymagające podejście po śliskim śniegu. |
 |
Chwila wypoczynku, pełne słońce, minus 10 stopni a powietrze w płucach ostre jak żyleta. |
 |
Coraz wyżej - i coraz większy wiatr, który natrętnie wtyka śnieg w oczy, nos i w usta. Czy to jeszcze Karkonosze czy już Himalaje? |
 |
| Jesteśmy na górze i choć to tylko 1600 m. warunki iście alpejskie. |
 |
| Karkonosze u naszych stóp. |
 |
Atrakcyjny widok na samotne schronisko Dom Polski. Widoczne dwie alternatywne drogi na Śnieżkę. |
 |
| Zejście po tych zmrożonych kamieniach to nie lada sztuka gimnastyczna. |
 |
| Kolejna atrakcyjna wywrotka poprzedzona sekwencją piruetów. |
 |
| Wracamy zmarznięci w dół. |
I choć było uroczo w głowach mamy już Rzym w którym będziemy za niecałe trzy tygodnie. Już teraz jest tam prawie 30 stopni więcej. Więc żegnaj zimo, żegnaj kurtko puchowa, żegnaj zmarznięta stopo.
Wielkanoc spędziliśmy w tym roku eksperymentalnie i zupełnie odmiennie - bez uroczystych śniadań, tłustych świątecznych obiadów, nieustannego zapełniania i opróżniania zmywarki, bez długich wieczorów przed TV i bez komputerów - no dobra... mieliśmy dwa maluteńkie Ipady i mnóstwo wifi w hotelowym pokoju;-)
Reasumując - święta poza domem? - Whyczemu nie... zdecydowanie do powtórki.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz