5 maja 2012

RZYM, PISA 2012

Co można robić w samochodzie przez ponad 1500 km?... Oglądać widoki? Też.
Można rozmawiać, śmiać się i kłócić, słuchać radia, oglądać bajki, przysypiać za kółkiem, jeść paluszki albo lody, słuchać radia, opieprzać dzieciaki i...



z niedowierzaniem wpatrywać się w nawigację, lekko stukając ją palcem czy aby na pewno do celu jeszcze aż tak dużo km?...
Przebywanie ze sobą tak długo na tak małej przestrzeni to ciekawe zjawisko socjologiczne - od euforii do histerii, od głośnego śmiechu do cichych kwadransów. Istna próba przetrwania.
My przetrwaliśmy. I po ponad 17 godzinach (nadal razem) wjechaliśmy dumnie jak Cezar ze swoją świtą, do WIELKIEGO dosłownie Rzymu.
Zmęczenie odeszło w niepamięć a my rozpoczęliśmy turystyczną ucztę.

Soki i napoje wieziemy ze sobą - we Włoszech 1 mała butelka to koszt ok. 8 zł.
W naszym TESCO w Pszczynie ok. 1,80 zł:-) więc fakty mówią same za siebie.

Poza tym musiałbym nie znać swoich dzieciaków, żeby nie wiedzieć,
że im droższe napoje tym bardziej chce im się pić...

Granica Austria - Włochy. 
Stąd jeszcze ok. 770 km, więc jesteśmy w połowie.


HOTEL
(filozofia przy śniadaniu)

Po raz kolejny w ostatnim czasie mam szczęście do wybranych w internecie hoteli. Wyszukałem istną perełkę w niepokojąco niskiej cenie, ale wszystko było tak jak powinno być - żadnej ściemy, żadnej niemiłej niespodzianki "małym druczkiem". Hotel miał ****gwiazdki, rewelacyjny duży apartament, parking (bezpłatny - co w Rzymie jest rzeczą nieosiągalną), wifi, świetną lokalizację (do metra ok. 200 m) i wypasione śniadania - co we Włoszech wcale nie jest takie oczywiste. Bo dla Włocha śniadanie to rzecz ulotna i raczej zbędna - w najlepszym razie jeden słodki rogalik i esspresso. Przecież dopiero co przed północą zjadł trzydaniową kolację z deserem i zapił butelką wina.
Zupełnie inne zwyczaje niż u nas. Dla Polaka (zwłaszcza na zagranicznym wyjeździe) śniadanie to rzecz kluczowa - im więcej zjesz - tym później będziesz głodny i później wydasz pieniądze. Więc przeistaczasz się w chomika i pakujesz... A jak się dobrze ustawisz to jeszcze bułeczkę na później dasz radę wynieść.
Uwierz, bezbłędnie rozpoznasz Polaków przy bufecie śniadaniowym.
To takie urocze, i takie nasze - nie dajmy sobie wydrzeć tej tradycji;-) i niekoniecznie się jej wypierajmy bo to swego rodzaju spuścizna po ciężkich czasach w jakich nam Polakom przyszło żyć.

Hotel AREA.



HISZPAŃSKIE SCHODY.

Jako przystawkę wybraliśmy hiszpańskie schody. Miejsce absolutnie piękne, kolorowe, słoneczne i pełne zwiedzających.
Przy hiszpańskich schodach byliśmy kilka razy o różnych porach dnia i późnego wieczora. Za każdym razem były tam setki turystów szczelnie oblegających każdy wolny stopień.
W sumie to tylko schody, ale jakieś takie magiczne, że chciało się tam wracać przy byle okazji.
No i te kwiaty.

Widok z góry.
Ta ulica na wprost to Via dei Condotti gdzie mają siedzibę
najdroższe butiki wszystkich liczących się marek światowych.
Jeśli szukasz małego zegareczka za 30 000 euro - to dobrze trafiłeś.
Ogrzewa nas cudowne majowe słoneczko.
Niełatwo o miejsca siedzące:-)



STADIO OLIMPICO.

Obowiązkowy punkt programu na każdym naszym wyjeździe - to oczywiście stadion. A w Rzymie STADIO OLIMPICO klubowy obiekt drużyny LAZIO.
Trzy lata temu odbył się tutaj finał Ligi Mistrzów pomiędzy FC BARCELONA A MANCHESTER UNITED. Stadion ma pojemność prawie 80 000 miejsc czyli dwa razy tyle co np. PGE ARENA w Gdańsku. Emocje rosną - ruszamy.
Ale Rzym... rozczarował. I Stadio Olimpico też.
Nie dość, że daleko od centrum, ze słabym połączeniem komunikacyjnym to jeszcze, gdy już dotarliśmy na miejsce, okazało się, że stadion generalnie nie jest udostępniony dla zwiedzających.
To prawdziwy ewenement na skalę europejską i jeden z nielicznych stadionów w europie, którego nie udało nam się obejrzeć! Ech ci leniwi Włosi!
Aby dopełnić czarę goryczy - zaczął padać deszcz. Nie chcielibyście widzieć Mateusza w tej sytuacji - lepiej było mu schodzić z drogi bo mógł ugryźć.

Nieudana wizyta.
Cisło się na usta jedno ze słów z tej czerwonej tablicy:-) 


FONTANA DI TREVI.

Fontanna di Trevi pojawia się znienacka.
Zbaczasz z głównej Via del Corso między kamienice w lewo i całkiem się nie spodziewasz, że za chwilkę twoim oczom ukarze się niewielki placyk z przepiękną fontanną wyrzeźbioną jakby w stojącym budynku.
Na prawdę robi duże wrażenie. Oczywiście o każdej porze dnia i nocy mnóstwo ludzi. Jakby nie patrzeć jest to mój numer jeden wśród wszystkich fontann jakie dotychczas widziałem a woda ma bajeczny turkusowy kolor.
Pamiętaj aby przed odejściem odwrócić się do niej tyłem i przez lewe ramię wrzucić jakąś monetę. Zapewni ci to powrót w przyszłości do tego miejsca.





COLOSSEUM.

Przyjeżdżając do Rzymu musisz się pogodzić z jednym: tutaj prawie wszystko jest zabytkiem.
Oczywiście marketingowym liderem jest tutaj Colosseum.
Ze względów wizualnych do Colosseum najlepiej dojechać metrem. Dlaczego? Bo wyjście ze stacji metra wprost na Colosseum to wrażenie absolutnie niezapomniane. Można powiedzieć, że dech zapiera a twój umysł w pośpiechu dokonuje błyskawicznych porównań obrazu rzeczywistego ze wszystkimi obrazkami Colosseum jakie dotychczas widziałeś w TV, na zdjęciach, w gazetach czy gdziekolwiek. Tym razem porównanie wypada z korzyścią dla realnego widoku.
Ogrom obiektu jest na prawdę imponujący a obejście go chociażby dookoła to spore wyzwanie.
Jak znajdziesz czas i poczytasz przed przyjazdem o czasach świetności Colosseum - dodatkowo przytłoczy cię ogrom historii i wydarzeń, które miały tutaj miejsce. Pamiętaj, to co tutaj widzisz ma prawie 2000 lat i nadal stoi (jako tako) a dom twoich dziadków wybudowany w latach 50-tych już nadaje się do kapitalnego remontu.
Gdy otwarto Colosseum, przez 100 dni trwały tam różnego rodzaju bardziej lub mniej krwawe imprezy i codziennie wypełniało go prawie 60 000 rządnych igrzysk rzymian. W tym czasie zabito 5000 zwierząt i niezliczoną ilość ludzi i niewolników więc jak zamkniesz oczy poczujesz jeszcze krew która wypełnia każdą szczelinę tego budynku. Pogratulować cesarzowi fantazji.
Nim jednak wejdziesz do wewnątrz przygotuj się na bardzo długie kolejki bo ilość turystów z całego świata jest powalająca. Ale jak masz KARTĘ TURYSTYCZNĄ ROMA - wchodzisz za free i bez kolejki - pamiętaj o tym. A samą kartę ROMA warto mieć ze względu na najróżniejsze udogodnienia. Kosztuje 30 euro ale w ogólnym rozrachunku na prawdę się opłaca (przetestowałem).

Stacja metra nie mogła nazywać się inaczej.

Zimna, źródlana woda z serca Rzymu.

Rzymska elegancja na każdym kroku.
Wewnątrz Colosseum.
Tutaj odbywały się walki gladiatorów.
Ale tutaj też występował cyrk w Madagaskarze 3;-)
Widok na Łuk Konstantyna przed Forum Romanum.


FORUM ROMANUM.

Idąc za ciosem przenosimy się kilkaset metrów dalej. Do Forum Romanum. Moim niewprawnym okiem, pomijając wartość i wiedzę historyczną, mogę ocenić, iż są to najpiękniejsze ruiny jakie widziałem. Zatopione w cudownej, chłodnej zieleni, zachęcają do błądzenia po nich i odkrywania coraz to nowych miejsc. Spacerujesz tam, kluczysz i błądzisz ale satysfakcja gwarantowana.
W wielu miejscach stoją rusztowania a leniwie pracujący robotnicy próbują ratować to co jeszcze zostało i jako tako się trzyma. Moim zdaniem - trud daremny. Czas jest tutaj chyba nieubłagany. Więc oglądajcie póki czas.

Idziemy do Forum Romanum.
Dobre nastroje dopisują.
Atmosfera absolutnie wakacyjna choć do wakacji daleko.
A majowe słońce cudownie nas rozpieszcza.
Nie dalej jak trzy tygodnie temu byliśmy w Karpaczu i na Śnieżce
gdzie było śniegu po kolana a wiało jak na Syberii.
Więc teraz nurzamy się w tym włoskim słoneczku
jak świnki wietnamskie w błocie. 
W oddali Watykan.
W pobliżu ciekawe rzymskie kamienice.
Niektóre w gorszym stanie niż Colosseum;-)
Zielony uspokaja, wycisza i skłania do rozmyślań.


Tyle zostało z najważniejszego miejsca w starożytnym Rzymie.


VIA APPIA ANTICA.

A teraz moi drodzy - proszę o uwagę.
Pokażę wam drogę która została wybudowana ponad 2300 lat TEMU!!! mało tego... do dzisiaj można się nią poruszać!
Via Antica Appia to jedna z najsławniejszych historycznych dróg europejskich. I z pewnością jedna z najbardziej monotonnych gdyż wiodła w linii prostej przez 560 km z Rzymu aż do samego Adriatyku.
Oczywiście dzisiaj można podziwiać już niewielki fragment w oryginalnym wykonaniu ale uwierzcie: jeżdżą po niej samochody!
Spacer tą ulicą to archeologiczna przygoda - wokół jest mnóstwo zieleni, starożytnych ruin, grobowców i katakumb a pod stopami czujesz... koleiny wyżłobione 2000 lat temu przez rydwany.
Po drodze staraj się nie przegapić kościoła św. Sebastiana w którym będziesz mógł zobaczyć odcisk stóp Jezusa.
Na końcu Via Antica Appia znajdziecie mały kościółek Quo Vadis w którym, jak będziecie mieć szczęście, spotkacie polskiego zakonnika, który w wolnej chwili uraczy was różnymi opowieściami. Legenda głosi, że właśnie w tym miejscu święty Piotr uciekający z Rzymu spotkał Jezusa a ten zapytał go: Quo Vadis?
Na pamiątkę tego wydarzenia, właśnie w miejscu ich spotkania wybudowano ten kościółek. Potem dziwnym trafem zaglądnął tutaj Heniek Sienkiewicz w czasie gdy imprezował w Rzymie i gdy usłyszał tą opowieść wpadł na pomysł napisania Quo Vadis.
Podróże kształcą - prawda?


Oryginalna część Via Appia Antica - wykonana ponad 2300 lat temu
- przejezdna do dzisiaj.
Po drodze dużo miłych, tajemniczych i cichych miejsc, 
gdzie warto się zatrzymać.
Kościółek Quo Vadis.
W niższym budynku (po lewej stronie) mieszka polski zakonnik z okolic Tarnowa.
Odcisk stóp Jezusa.
Wykończone długą wycieczką dzieciaki umierają z wyczerpania.
Nawet Gabi odczuwa trudy wycieczki,
co nieczęsto jej się zdarza.

WATYKAN.

Jesteś w Rzymie więc nie ma w ogóle opcji aby nie odwiedzić Watykanu.
To swoiste państwo w... mieście - gdzie wydaje się, że głównym obowiązującym językiem jest nasz język polski. W Watykanie - my Polacy - czujemy się jak u siebie. Można odnieść wrażenie, że bezwarunkowo uzurpujemy sobie prawo do tego miejsca panosząc się we wszystkich możliwych zakamarkach. Jesteśmy głośni, kontrowersyjni, jemy wygrzebane z reklamówek pogniecione kanapki, popijamy herbatę z termosów, przepychamy się w kolejce do bazyliki i do toalety (starając się nie zapłacić przy wyjściu). I niech nam który Włoch czy Francuz podskoczy - to nasze miejsce, tu mieszkał nasz papież więc wara!
Jak się porządnie nie skupisz i nie odetniesz od otoczenie będziesz miał problem z poczuciem atmosfery należnej temu miejscu. Oglądaj i smakuj po swojemu - i podziwiaj niebywałe bogactwo jakie zgromadzono w tym małym Państwie. I przygotuj się na katastrofalne kolejki.

Watykan w zasięgu wzroku.
Już robi wrażenie.
Pingwiny z Madagaskaru;-)
Watykan to wbrew pozorom najbardziej zmilitaryzowane państwo świata.
Liczba gwardzistów przekracza 10% mieszkańców państwa.
I w tym świętym miejscu, zupełnie obce dziewczyny z Polski zaczepiły
Mateusza w celu zdobycia jego numeru telefonu.
Skandal. Jak można... w Watykanie?
Czyżbym odrobinkę mu zazdrościł...;-)?
Bazylika.
Prywatna audiencja Ani.

W tle - najważniejsze okno papieskie - gabinet JPII
(na samej górze - drugie z prawej).
To stamtąd błogosławił, rozmawiał z pielgrzymami, pozdrawiał i tam pracował.
W to okno wpatrywali się wszyscy z nadzieją 2 kwietnia 2005.
Nadaremnie...


PIAZZA NAVONA I CAMPO DE FIORI

W plan wycieczki warto wpisać oba place: Piazza Navona i Campo de`Fiori. I choć we wszystkich przewodnikach są one opisane jako perełki dla turystów - spokojnie - jest nieźle ale szału nie ma. Być może mam takie odczucia bo w czasie zwiedzania obu placów pogoda nam nie sprzyjała a z nieba zamiast rzymskich promieni słonecznych spadały krople deszczu.
Campo de Fiori to obecnie najnormalniejszy targ - kupisz tutaj owoce, warzywa, tandetne pamiątki, fatalne koszulki z napisem I LOVE ROMA i tysiąc innych niepotrzebnych rzeczy. Kolorowo, głośno i bałagan jak na murzyńskim bazarze. Przespacerować się można ale portfel trzymaj pod kontrolą.

Na Piazza Navona jest już dużo ładniej i kulturalniej. Eleganckie restauracje, malarze i artyści uliczni urozmaicają to miejsce. Najlepsze wrażenie robią jednak trzy na prawdę piękne fontanny. Każda ma swoją nazwę i historię. Wyhamuj na chwilę i przyglądnij się szczegółom - bo w nich cały urok jest pogrzebany.

Giordano Bruno na Campo de Fiori.
Właśnie w tym miejscu w 1600 roku spalono go na stosie bo twierdził,
że ziemia krąży wokół słońca.
Piazza Navona.


Jedno z moich ulubionych zdjęć z Rzymu.


POGUBIĆ SIĘ W RZYMIE.

Rzym z racji swego ogromu jest pełen zaskakujących miejsc, widoków i zdarzeń. Jeśli chcesz zobaczyć więcej musisz bez skrupułów zbaczać z drogi. Jeśli przewodnik którego trzymasz w dłoni każe Ci skręcić w prawo - ty na przekór idź w lewo. Gdy tłum turystów zmierza w lewo ty idź w prawo... i chłoń magiczną atmosferę wiecznego miasta.

"Ołtarz Ojczyzny" na placu weneckim.
Z dachu piękne widoki na Rzym.
Circus Maximus - a więc tak moi drodzy... prawie 2500 lat temu wybudowano tutaj
jedną z największych aren do wyścigów rydwanów.
Trybuny mogły pomieścić 250 000 widzów!!!
Stałym gościem był tutaj m.in. Juliusz Cezar.
Dzisiaj zostało to co widać - widoczne wzniesienia wokół toru to były trybuny dla widzów.
I choć niewiele zostało - przy odrobinie wyobraźni - obiekt robi spore wrażenie.
Usta prawdy - włóż dłoń i czekaj. Jeśli nie jesteś kłamcą ocalisz ją.
Jeśli kłamiesz lepiej ręki tam nie wkładaj:-)
Ciekawe miejsca, których świetność upłynęła setki lat temu.

Rzym gdzieś z boku... gdzie nie spodziewa się turystów.
Stacja benzynowa prawie w centrum miasta.

Uroczy i trochę tajemniczy budynek.
To... szkoła podstawowa.
Widok z dachu "Ołtarza ojczyzny".
Na pierwszym planie fragment Forum Romanum, w oddali Colosseum.
"Wakacje w Rzymie"
Opuszczone boczne uliczki Rzymu w środku nocy.
Spacer nimi o tej porze to prawdziwa uczta dla oczu i ducha.
Panteon... absolutny majstersztyk jeśli chodzi o projekt budowlany
i jego perfekcyjne wykonanie.

RZYM NAD MORZEM??

Postanowiliśmy przez chwilę odetchnąć od rzymskiej, hałaśliwej atmosfery i zaciągnąć się świeżym morskim powietrzem.
Tak, Rzym leży prawie nad morzem - wystarczy pokonać kilkanaście kilometrów i już... krajobraz zmienia się na mocno śródziemnomorski.
O tej porze roku, w maju - poza sezonem - miejsce to jest szczególnie atrakcyjne i romantyczne. Puste plaże, zamknięte restauracje i brak turystów gwarantują niezapomnianą atmosferę.
Więc jedziemy - i jest na prawdę przepięknie - kładziesz się na pustej plaży a twoje włosy układa delikatny, pachnący wiatr. Jest cicho i leniwie. Możesz wyłączyć myślenie i koniecznie telefon.
I nagle znienacka pada pytanie dzieci: Tatuś a jak to morze się nazywa?
No do cholery, faktycznie... jak to morze się nazywa???

Morze tyreńskie - no kto by się spodziewał:-)
ZOOMARINE - park w którym możesz obejrzeć pokazy delfinów,
fok i innych stworzeń pływających. Warto odwiedzić.





PISA - RAJ DLA KREATYWNYCH FOTOGRAFÓW.

W drodze powrotnej do domu odwiedzamy Pisę...
Po co ludzie jadą do Pisy? - tylko po to żeby zrobić sobie kilkanaście zdjęć w których z różnej perspektywy podtrzymują krzywą wieżę. No normalnie masakra. Dziesiątki turystów w różnych, komicznych pozach pozują do tysięcy podobnych sobie zdjęć, które później masowo lądują w serwisach społecznościowych. Trzeba mieć mocne nerwy, żeby nie ulec tej swoistej psychozie.
Nam się prawie udało:-)



Od dawna chcieliśmy zobaczyć Rzym a on sam nas nie zawiódł. To była przygoda warta przeżycia a wieczne miasto jeszcze długo będzie tematem naszych wieczornych wspomnień.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz