3 września 2012

BARCELONA 2012

Ponad 2000 km w dwie i pół godziny - no to jest na prawdę przyjemność.
Po wylądowaniu na lotnisku w Barcelonie Mati mnie pyta: gdzie teraz bylibyśmy gdybyśmy jechali samochodem?... za Żyliną - stwierdziłem i parsknęliśmy razem śmiechem:-) ...




Od czego może rozpocząć zwiedzanie Barcelony przeciętny turysta?... Sagrada Familia...
Zwiedzając Barcelonę z Mateuszem nie masz wyboru - zaczynasz od innej świątyni... Camp Nou:-)
Zresztą jak widać poniżej nawet kobiety chętnie tutaj się garną, może aby poczuć dyskretny zapach w szatni pozostawiony tam przez Davida Villę, Victora Valdesa czy Cristiano Ronaldo którzy 3 dni wcześniej rozgrywali tutaj między sobą mecz o puchar Króla. Tak... czuć... atmosferę.



Aby wejść na stadion - najpierw wyskakujesz bez zbędnych skrupułów z 23 euro za jeden bilet... dzieci 17 euro - w zamian możesz oglądnąć dość atrakcyjne muzeum FCB, część multimedialną no i oczywiście stadion: szatnie, wyjście na płytę, kaplicę, lożę VIP, stanowiska komentatorskie, centrum prasowe itp. Absolutna satysfakcja dla kibiców. 

Przed wejściem na stadion.


Oryginalna - nie prana.

100 000 miejsc dla kibiców...
Przykładowe ceny biletów na najbliższy mecz: FC BARCELONA - VALENCIA CF,
W sumie jest 9 kategorii biletów w zależności od sektora.
Bilet na najlepszy sektor kosztuje: 210 euro.
Bilet na najsłabszy sektor (widok jak z ostatniego piętra pałacu kultury): 85 euro.  
Tutaj słabsze drużyny wypraszają łaski, ale wg mnie (patrząc na wyniki) 
to Pan B. zdecydowanie kibicuje FCB.

Tuż przed wyjściem na płytę boiska - 
to miejsce można zobaczyć w TV przed każdym rozpoczynającym się meczem.
Tutaj piłkarze oczekują na wyjście na boisko.

Jeśli chcesz oszczędzić swój portfel, po wyjściu ze stadionu powinieneś od razu kierować się do najbliższej stacji metra Palau Reial, jeśli natomiast masz nadpłynność finansową a euro ciąży Ci w walizce śmiało uderzaj do FCBOTIGA MEGASTORE... 


Tysiące artykułów z oficjalnym logo może przyprawić o migotanie lewej komory serca. Ludzie nerwowo poruszają się po trzypiętrowym sklepie a z ich oczu spoziera szaleństwo. Uprzedzam... generalnie jest drogo... natomiast wszystkie produkty (koszulki, szaliki, czapeczki, piłki, piórniki, szczoteczki do zębów, ręczniki, długopisy, bielizna i co tam jeszcze...) są na prawdę wysokiej jakości.
FCBotiga to "interes" na skalę setek tysięcy euro, takich megastorów w Barcelonie jest kilka o ile nie kilkanaście.

Koszulka: 105 euro + twoje imię: 20 euro + numer: 10 euro + logo FIFA: 5 euro +
spodenki: 38 euro + nr na spodenkach: 10 euro. KOMPLET: 188 euro!!! 
i uwierzcie - do kilku kas dłuuugie kolejki.


SAGRADA FAMILA

No dobra - teraz niech będzie SAGRADA FAMILA, tylko o czym tu pisać, ekipy budowlane Sagrady Familia zawstydziły naszych budowniczych autostrad i od stu lat budują... kościół. A planowe ukończenie przewidywane jest za ok. 35 lat:-)
Dziwna mieszanka materiałów sprzed stu lat i nowych technologii. Hiszpański luz i z każdej strony inny bałagan. Rusztowania, dźwigi, stalowy płot, robotnicy...
Na kolana nie rzuca - mnóstwo ludzi, wejściówki po 17 euro (tylko cash, kart nie respektują), wokoło dziesiątki sklepików z pamiątkami (tandetnymi) i w ogóle ogólny jarmark.
Sagrada Familia jest ładna tylko z jednej strony - od małego stawu, są tam ławeczki w cieniu drzew i można fajnie spędzić trochę czasu.
Duży szacun dla Gaudiego który to zaprojektował i chyba z 16 ostatnich lat swojego życia mieszkał na budowie doglądając wszystkiego na bieżąco.
Choć może to dziwnie zabrzmi - można sobie odpuścić...



Wieże budowane w pierwszej fazie budowy...
Widok z Parku Guell, w oddali morze.
Wieże budowane współcześnie.

MONTJUIC

Górę Montjuic trzeba odwiedzić! Sposobów jest kilka, my wybraliśmy kolejkę szynowo-zębatą Funicular (coś takiego jak na Gubałówkę - tylko, że śmiga jakoś tak pod ziemią). Bilet ten sam co na metro (2 euro). 
Co warto zobaczyć na górze: obiekty olimpijskie - zwłaszcza stadion olimpijski, zamek de Montjuic no i piękne widoki na Barcelonę. 

To tutaj palił się w 1992 roku znicz olimpijski, Mati urodził się 5 lat później:-)
Stadion olimpijski, obecnie jest to klubowy stadion drużyny Espaniol.
Pierścień olimpijski.
Za chwilę z tych chmur spadnie deszcz a ja będę musiał wyskoczyć z 10 euro i zakupić parasol.
Był to pierwszy deszcz w Barcelonie od około 3 miesięcy. 
Co za niefart - akurat w czasie naszego urlopu, ale...
pięknie się moknie przy temperaturze 25 stopni.  

Do samego zamku można dotrzeć kolejką linową z której roztaczają się przepiękne widoki na Barcelonę...


U podnóża zamku.

Mijając po drodze miłe dla oczu i spokojne parki pełne orzeźwiającej, śródziemnomorskiej zieleni i prześwitujące przez drzewa bajkowe widoki na Barcelonę, docieramy na szczyt - do zamku Montjuice.
Kolejna miła niespodzianka - wejście na zamek - "zero" euro.
Na szczycie zamku czeka na wszystkich piękna panorama 360 stopni na wszystkie świata strony.
A jak trafisz na idealną pogodę a wzrok masz niezszargany serialami w TV to zobaczysz w oddali Baleary.

Widok na Port Vell czyli główny port turystyczny w Barcelonie.

Widok na niewielki wycinek miasta - jego ogrom jest niełatwy do uchwycenia.

Widok na port towarowy - ilość kontenerów z towarami robi wrażenie.

Niebiański spokój, słońce, lekki wiatr od morza...

Ale czas schodzić... zaplanowaliśmy zejście do połowy góry (Miramar) a potem zjazd kolejką linową prosto na plażę.
Po drodze było bajkowo zielono i egzotycznie, więc kilka kadrów dla zobrazowania powyższego...







Nasi przodkowie w procesie ewolucji zeszli z drzew - 
moje dzieciaki zmierzają w odwrotnym kierunku:-)
                                    

PARC GUELL + TROCHĘ GAUDIEGO

Spacerując po Barcelonie raz po raz będziecie napotykać na fantazyjne budynki lub budowle (ławki, lampy, wazony i inne elementy architektury miasta), które w sposób czasami dość znaczący odróżniają się od całości.
Jeśli okno nie jest prostokątne, jeśli widzisz więcej łuków niż linii prostych, jeśli ogólny zarys budynku ma bajkowy charakter domku Jasia i Małgosi, jeśli widzisz elementy wykonane z drobno potłuczonej ceramiki - najprawdopodobniej oglądasz jakieś dzieło Antonio Gaudiego.
Wizjoner i architekt, który projektował budynki dla najbogatszych barcelończyków i nie tylko.
Jego ślady widać w całej Barcelonie a największym dziełem pozostaje nadal nie ukończona Sagrada Familia.
Ja polecam przede wszystkim kamienice: Casa Battlo, Casa Mila czy Parc Guell.

Ławka w stylu Gaudiego, Ania w stylu Espaniol...
Casa Batllo.
Casa Mila (La Pedrera).

Aby dokładniej poznać wizje, pomysły i projekty Gaudiego ruszamy do Parcu Guell: obecnie imponującego ogrodu, który kiedyś miał być miastem-ogrodem dla barcelońskich bogaczy.
Kasę na to wyłożył jego kumpel - Eusebio Guell, gość, który raczej do biednych nie należał i finansował wiele projektów Gaudiego.
Miasto niestety nie powstało ale ogrody robią wrażenie...

Parc Guell umiejscowiony jest na górze i trzeba się trochę wspiąć 
aby się do niego dostać...
na szczęście można część drogi odbyć miejskimi schodami ruchomymi, 

których zresztą w Barcelonie jest dość sporo - jakie to wygodne:-) 
My jednak lubimy chodzić...

Typowy hiszpański mały domek: 
miła, pastelowa kolorystyka, dużo kamienia, antyczne tynki, zieleń i zasłonięte żaluzje. 
Bardzo sympatyczne i miłe dla oka budownictwo.  

Jesteśmy coraz wyżej, ulice trochę jak w Los Angeles.
Przed wejściem do Parku witają nas charakterystyczne budynki,
które jak widać projektował, kto...? Brawo... nauka nie poszła w las...


Przed wejściem do parku wita wszystkich salamandra
- najczęściej fotografowany obiekt w parku.
Nie jest łatwo zrobić takie zdjęcie bo generalnie turyści namolnie ją oblegają. 
A to fragment najdłuższej i najbardziej znanej ławki świata.
Długość 110 metrów - projekt... Gaudi.
Ławka ma idealnie ergonomiczny kształt i otacza potężny posadowiony na 

86 kolumnach taras - siedzi się na niej wyśmienicie.
Wokół rosną palmy na których mieszkają zielone, wygłupiające się 

i hałasujące papugi, z nieba świeci cudowne słońce 
a ty pijesz zmrożoną fantę za 1,5 euro i śmiało możesz wyłączyć myślenie. Usiądziesz...?

W zasadzie spędzając tych kilka dni w Barcelonie na swój sposób zaczynasz lubić tego kompletnie nieznanego Ci wcześniej faceta. 
W różnych miejscach oglądasz jego architekturę, coraz więcej o nim się dowiadujesz, zaczynasz doceniać, a za chwilę bezbłędnie rozpoznajesz wszystkie jego projekty. 
Imponuje Ci jego pasja, ilość, oryginalność i ponadczasowość jego projektów. Darzysz go nieoczekiwanym szacunkiem bo wiesz, że ostatnie 16 lat życia całkowicie poświęcił na budowę dzieła jego życia Sagrady Familia - w całości dedykowanego i chwalącego Jezusa i wszystkich Świętych, masz szacunek do gościa bo przez te ostatnie 16 lat życia zamieszkał w baraku przy budowie a wszystkie oszczędności przeznaczył na jego realizację. 
A potem zadajesz sobie pytanie: dlaczego u diabła zginął pod kołami tramwaju gdy biegł jak co niedziela do kościoła na mszę...?

Dom Gaudiego wg własnego projektu.

Antonio Gaudi we własnej osobie - szacun!
  
PARC CIUTADELLA I OKOLICE

Park Ciutadella to jedno z ulubionych miejsc wypoczynku barcelończyków. Dużo zieleni, jeziorko z łódkami, miłe do spacerowania ścieżki, zoo, którego nie odwiedziliśmy bo wyszliśmy z założenia, że słoń w Barcelonie będzie się niewiele różnił od słonia w Chorzowie (więc po co przepłacać). 
Generalnie miło, odrobinę sennie i na zwolnionych obrotach.
Można zobaczyć ale szału nie ma.

Pod drodze mijamy jeden z symboli Barcelony "Głowa Barcelony". 
W Barcelonie jest wiele dziwnych lub zagadkowych pomników 
określonych mianem symboli miasta. 
Jedne są bardziej inne mniej atrakcyjne ale wszystkie sprawiają, 
że przestrzeń miasta jest bardzo ciekawa i raz po raz czymś zaskakuje.
Koniecznie trzeba wstąpić na dworzec kolejowy Estacio de Franca.
Określenie "Francja - Elegancja" będzie tu jak najbardziej na miejscu.
Stąd odjeżdżają szybkie pociągi m.in. do Madrytu i do Francji.

(To tutaj Daniel Sempere umówił się z Penelope Aldaya. 
I stąd odjechał do Paryża / Cień wiatru)

Łuk Triumfalny - jako brama wejściowa m.in. do Parku Ciutadella.
Główne miejsce parku - fontanna z kaskadami.

Ania w towarzystwie czterdziestu facetów grających w "bule" (rzucanie kulami). 
Ci mężczyźni bardzo poważnie podchodzą do tej gry i nieprawdopodobnie się w nią angażują. Chwilami mają piekielnie poważne i skupione miny by za chwilę - w przerwie rozgrywki - oddać się głośnym i gorącym hiszpańskim dyskusjom. 
Dla wielu południowców ten sposób spędzania czasu poza domem - wśród kolegów - jest niezastąpiony. 
Ania spędziła z nimi sporo czasu i najwyraźniej towarzystwo jej odpowiadało.


TROCHĘ O JEDZENIU I ZAKUPACH...

Zakupy, ciuchy, zakupy, ciuchy... Gabrysia pewnie mogła by o tym więcej napisać bo odwiedziła więcej sklepów niż ja, który w tym czasie podziwiałem fasady hiszpańskich kamienic. 
Dawne różnice pomiędzy krajami wschodnimi i zachodnimi i tak dawno się zatarły - a, że w Polsce wszystko jest jakieś takie nowsze (sklepy, galerie, pasaże) bilans czasami wypada "in plus" dla naszego kraju.
Czasy kiedy, z wypiekami na twarzy, zbierałem w Wiedniu w salonach samochodowych foldery Golfa dwójki - zapełniając nimi do pełna reklamówki z Plusa - bezpowrotnie minęły! Dezodorant FA przywieziony z zagranicznych wakacji też już nie zrobi na nikim wrażenia.  
Mały rekonesans szybko pozwala stwierdzić, że w sklepach z ciuchami szału nie ma, a niepodważalnym potwierdzeniem tego jest fakt, że Gabrysia nie kupiła ani jednej torebki i butów - yupiiii:-). 
Wrażenie mają robić ekskluzywne salony największych dyktatorów mody, gdzie ceny mijają się z rzeczywistością a stylistyka wyrobów zbliżona jest czasami do ciuchów, które Pani Krystyna z Grzawy sprzedaje na targu w Pszczynie. Ale to tylko blichtr bez pokrycia i ciekawostka socjologiczna.
Aha - uwaga Ani - lalki Monster High są w tych samych cenach co w Polsce. I jeszcze uwaga Mateusza - sklepy sportowe są zaopatrzone lepiej niż Polsce. 

Jedzenie... - no cóż - aby przeżyć trzeba jeść i pić - a z tym - mając na wyżywieniu czteroosobową załogę - trzeba uważać - bo licho nie śpi i łatwo za cztery obiadki z napojami popłynąć na 80 euro! 
Dobieranie knajpy w Barcelonie to jak stąpanie po cienkim lodzie - z czasem jednak orientacja w terenie jest coraz lepsza i możesz w miarę rozsądnych cenach zjeść. Ale... taniej jak w Polsce się nie da - zapomnij (no chyba, że kupisz w sklepie u Pakistańczyka bagietkę i wodę mineralną) - ale cóż - to przecież wakacje. A w rękawie - jakby co - zawsze masz jeszcze jednego asa w rękawie - McDonalds:-)

Lekki niepokój i dezorientacja po wylądowaniu na lotnisku w Barcelonie. 
Kanapka z "czymś tam" za 39,70 zł - a tu wszyscy głodni. 
Na szczęście była to tylko niespełniona, zła przepowiednia co do cen jedzenia...
Dla szczególnie wygłodniałych: salon iberyjskich szyneczek.
Jedna taka, szczególna w swoim rodzaju nóżka, potrafi kosztować prawie 1300 zł.
Więc robimy fotkę i zgodnie stwierdzamy, że nie jesteśmy głodni:-) 

Spacerując po najpopularniejszej ulicy w Barcelonie - Rambla, nie sposób nie odwiedzić największego targu La Boqueria. 
Zaopatrują się tutaj w zasadzie wszyscy restauratorzy z Barcelony i chyba nie ma owocu, mięska, rybki, żabki, kraba, ośmiornicy i czego tam jeszcze co ma oczy, której nie mógłbyś tu kupić.
Niektóre sprzedawane tutaj okazy - tylko dla ludzi o mocnych nerwach i... żołądkach. 




Po daniu głównym czas na deser, np. lody. 
Ale nie dajcie się zwieść i bądźcie czujni jak antylopa przy wodopoju.
Chwila nieuwagi i za jedną gałkę zapłacisz: 14,70 zł!
Od razu spieszę z pomocą - najtańsza cena jednej gałki lodów jaką udało się nam namierzyć to: 1,80 euro (7,50 zł).

Ku przestrodze, 1 gałka lodów: 14,70 zł.

Ulubione miejsca Mateusza w Barcelonie "Sagrada NIKEmilia".

Tak spełniają się marzenia.
Dla niezorientowanych i dyletantów; to nie są jakieś tam "korkotrampki" 

tylko w pełni profesjonalny:
But piłkarski NIKE MERCURIAL VAPOR 2012 + na zamówienie wyszywane imię.

W tej wersji nie do kupienia w Polsce.
Obecnie gra w nich np. CR7.
A to się nazywa pasja.

A to wg rangingu mojego i Mateusza najlepszy sklep w Barcelonie:
mega salon APPLE STORE na placu Catalunya.


W głowie może się zakręcić...
Trzy piętra, setki smartfonów, ipadów, ipodów, tysiące gadżetów i akcesoriów.
Wszystkim możesz się pobawić, przetestować, posłuchać, pograć...
Byłbym zdecydowanie spokojniejszy gdybym tam nie wlazł... a wlazłem dwa razy:-)

Jeszcze jedna ciekawostka natury matematycznej.
Cena za parking podawana jest "za minutę" do szóstego miejsca po przecinku
(czyli do jednej milionowej euro).
Czyli wjeżdżasz i szybciutko w głowie przeliczasz ile tak na prawdę zapłacisz

za np. 4 i pół godziny postoju - proste?
Znienacka zaprosiłem rodzinkę na nocny wypad na kolację-niespodziankę 
w okolicę magicznej fontanny. 
Gabi stwierdziła, że to czarujące (po tylu latach małżeństwa).
Nie wiedziała wszystkiego - zakładany budżet wynosił: 3,5 euro:-)
No, ale przecież tak na prawdę liczy się dobre towarzystwo - czyż nie?

PORT VELL...

Tam gdzie kończy się jedna z najpopularniejszych ulic w Europie La Rambla stoi miły dla oka pomnik Krzysztofa Kolumba od którego zaczyna się obszar barcelońskiego portu Vell...

Port - jak to zwykle bywa - jest miejscem lubianym - no bo wiadomo: woda, wiatr, falochron, może jakaś latarnia - z reguły coś się dzieje. Ładnie wieczorem i ładnie o wschodzie słońca. Spacerować się chce.
Port Vell ma wszystkie te atuty - a nawet więcej. No bo który port w Europie ma chociażby kolejkę linową (taką jak na nasz Kasprowy:-) no który...? 
Mało Wam? W porcie Vell jest jeszcze duże centrum handlowe Maremagnum, kino IMAX, bary, restauracje oraz L`aquarium. 
No tak - niby port - ale tak na prawdę to... małe miasto na wodzie a w zasadzie centrum rozrywkowo - handlowe.
Do portu można się dostać ruchomym pomostem Rambla del Mar - który, gdy do portu wpływają jachty, otwiera się w dość nietypowy sposób odjeżdżając na bok.
Po porcie możesz spacerować we wszystkich możliwych kierunkach - wizualnie jest bardzo atrakcyjnie i nudzić nikt się nie będzie. My wpadliśmy dodatkowo do L`aquarium pooglądać tysiące (11 tysięcy) ryb i innych stworzeń no i  przejść się (przejechać, bo chodnik jest ruchomy) tunelem pod wodą w której pływają całkiem spore rekiny, uśmiechnięte wielkie płaszczki i najbrzydsza ryba świata (Mati mówi, że jest podobna do Ani:-). Generalnie warto zobaczyć ale świat się nie zawali jak te 18,50 euro (za osobę) zostawisz w portfelu.
My port przeszliśmy wzdłuż i wszerz wiele razy - bo jakoś tak zawsze jest po drodze no i co by nie mówić - mnie do wody zawsze ciągnie.
Dla fanów jednostek pływających atrakcji również co niemiara: potężne wycieczkowce i promy pasażerskie, wypasione jachty dalekomorskie nafaszerowane elektroniką i luksusami o wartości mogącej co najwyżej spowodować u nas wybuch nerwowego śmiechu, repliki potężnych galeonów oraz żaglowiec Santa Eulalia i Santa Maria pływające kiedyś do obu Ameryk po towary handlowe (a niektórzy z Was nie potrafią dzisiaj dojechać bez GPS-a do ciotki z Rudołtowic). 
Dla nie lubiących chodzić są wycieczkowe katamarany, którymi możesz opłynąć port.

Jednym słowem - port to pozycja obowiązkowa w trakcie zwiedzania Barcelony.

Bajkowy widok na port ze wzgórza Miramar.
Wypoczynek tutaj - z tymi widokami u stóp, z tym bezkresnym błękitem morza, 
słońcem i delikatnym wiatrem - to prawdziwy rarytas.
Stąd można się dostać kolejką linową na plażę Barceloneta.
Ale o tym później.
Koniec La Rambla - Pomnik Kolumba - to wejście do portu od strony miasta.
Na szczyt pomnika Kolumba można wjechać wewnątrz pomnika za 2 euro
i podziwiać widoki na La Rambla i port. 
Nie będę bajdurzył i opisywał widoków skoro na niego nie wjechaliśmy.   
Widok portu z powietrza. To tylko część dla jachtów, za mną jest druga część portu
dla statków pasażerskich i terminal dla promów.

 
L`aquarium.
I wróć tu człowieku z miasta wieczorem po pijaku na swoją łódkę...;-)

PLAŻA BARCELONETA

Czy plaża w Barcelonie może zaskoczyć? Jest bardzo długa i szeroka więc nie ma problemów ze znalezieniem dogodnego miejsca na opalanie i zabawę. Piasek jest dość gruby także nie wchodzi we wszystkie możliwe miejsca twojego ciała i sprzętu foto a woda w morzu cieplutka. Wyborne fale do zabawy i gwarantowane słońce. Spora grupka serferów ćwiczy przy brzegu na deskach także trzeba uważać, żeby cię nie rozjechali. 
Dużo turystów preferuje opalanie z pominięciem górnej ale i dolnej części garderoby co powodowało, że moje dzieci nadrabiały w trybie błyskawicznym zaległości z biologii i anatomii - Mateusz chwilami nawet z bardzo dużym zaangażowaniem;-) 
Po plaży spacerują sprzedawcy drinków i różnych przekąsek także cały dzień możesz się stamtąd nie ruszać.    

Ze względu na widoki, na plażę jedziemy kolejką linową (10 euro/osobę).
Port w jeszcze szerszej odsłonie - można by napisać "jak na dłoni".
Zbliżamy się do plaży.
Odrobina Dubaju w Barcelonie.
Atrakcyjne podejście do lądowania w stylu talibskim.
Ania zatyka oczy, buzię, uszy i wszystko co się da przed zbliżającą się falą.
Lubię to zdjęcie, bo wydaje mi się, że na nim
ten "niedobry" brat jednak dba o swoją siostrzyczkę.

-"O nie Mati! Nawet nie próbuj znowu mnie wciągać do wody!..."

Trzy rzeczy na plaży Barceloneta warte wspomnienia:
1. Hotel Arts - najwyższy wieżowiec w Hiszpanii,
2. Biurowiec MAPFRE (ciekawe jak oni tam pracują mając za oknem
widok na pełną plażę i morze),
3. Wielka miedziana ryba, która jest znana z tego, że jest znana:-)
Barcelońska plaża pełna jest atrakcyjnych, opalonych i bezpruderyjnych Hiszpan;-)
którzy mają niewiele do zaoferowania;-)

Patrząc na to zdjęcie przypomina mi się dowcip:

Przyszedł facet do lekarza aby ten pomógł mu jakoś w sprawie jego małego penisa. 
Lekarz zaproponował mu, że utnie mu jego małego penisa a w zamian przyszyje trąbę słonia.
Facet zdecydował się na zabieg i wyszedł mega zadowolony. Wszystko ok. 
Lecz po dwóch dniach wrócił zdenerwowany i zażądał żeby lekarz odciął mu jednak tą trąbę!
- A co za duży? Nie sprawdził się? - pyta lekarz
- Nie o to chodzi doktorze - ale nie uwierzy Pan ile jabłek sobie do dupy nawkładałem:-)



TIBIDABO

"Szatan wyprowadził Chrystusa na górę i pokazał mu wszystkie królestwa świata w mgnieniu oka. 
I rzekł do niego diabeł: dam Ci tą całą władzę i chwałę, ponieważ została mi przekazana i daję ją komu chcę. Wszystkie te rzeczy dam ci (TIBI DABO) jeśli Ty oddasz mi pokłon"
Tak mówi Biblia.

Ja tą dzielnicę Barcelony kojarzę z inną literaturą.
Czytałeś "Cień wiatru"? jeśli tak - wierz mi, nie odpuścisz Tibidabo.
Nie czytałeś - koniecznie przeczytaj i zapragniesz tam pojechać.

Jak podają wszystkie przewodniki najlepiej dostać się na Tibidabo niebieskim tramwajem - Tramvia Blau. 
To drewniany staroświecki tramwaj, który wspina się malowniczą ulicą Tibidabo do dolnej stacji kolejki szynowej. Przejażdżkę nim wpisałem sobie do programu jako punkt obowiązkowy. I to by było na tyle - w temacie tramwaju - bo akurat był w renowacji, więc pooglądaliśmy co najwyżej szyny - i pojechaliśmy autobusem - a następnie kolejką szynową (taką jak na Gubałówkę - tylko pięć razy droższą).
Na szczycie Tibidabo jest wesołe miasteczko - ale niech was Pan Bóg strzeże, żebyście kupowali tam bilet, jest dość nudne. Już lepiej pooglądać sobie widoki na Barcelonę bo są całkiem niezłe. Generalnie sama góra Tibidabo jest dość przeciętna i pomimo naszych oczekiwań, że stamtąd będzie najładniejszy widok na Barcelonę (bo to w końcu ponad 500 metrowy szczyt) - nie było aż tak cudownie. Chyba za bardzo się na to cieszyliśmy i zbyt wyostrzyliśmy oczekiwania.
   
Widok na Barcelonę z Tibidabo.
Z tego miejsca do tych dwóch wieżowców przy plaży jest ok. 6 km.
Zadbany antyk ;-)
U stóp Sagrat Cor. To najwyżej położony kościół w Barcelonie.
Lunch w restauracji z kolejnym bajkowym widokiem na Barcelonę.
Zasada była zawsze jedna - śniadań, które mieliśmy w hotelu za free 

dzieciaki nie chciały jeść (bo nie byli głodni). 
Wystarczyło natomiast ruszyć się z hotelu aby głód dopadł ich 
prawie natychmiast i niestety - nie chciał już puścić do wieczora:-)

Niezapomnianym doznaniem na pewno był długi spacer ulicą Tibidabo i wdychanie absolutnie magicznej atmosfery z powieści "Cień wiatru" - świadomość, że przechadzamy się w okolicach pałacyku Aldayów w którym tak wiele się wydarzyło, wzbudzała spore emocje i pobudzała wyobraźnię. Fantazjowaniu sprzyjało cudownie leniwe popołudnie, cisza, czarujące pałacyki, tajemnicze domy otoczone dzikimi ogrodami i masywnymi płotami, które - wydawało się - że strzegą jakichś ważnych tajemnic. Przechadzanie się tym samym chodnikiem, którym chodzili Daniel Sempere czy Julian Carax było doznaniem dość metafizycznym. Zresztą sami popatrzcie:  






Opuściliśmy już ulicę Tibidabo i spacerujemy skrajnymi dzielnicami Barcelony,
oglądając Barcelonę w czystej formie - bez turystów, bez komercji.
Tylko my i Barcelona.
W takich miejscach na prawdę można poczuć jej prawdziwy smak i nastrój.


BARCELONA NOCĄ.

Noc w Barcelonie nie jest ani ciemna, ani cicha, ani spokojna. W zasadzie w niektórych miejscach to miasto po zmroku dopiero zaczyna normalnie funkcjonować - restauracje są pełne, uliczkami spacerują dziesiątki turystów, wszędzie jest gwarno, kolorowo i przede wszystkim ciągle GORĄCO:-) więc nastrój jest na prawdę wyjątkowy i wakacyjny. Absolutnie nie chce się wracać do pokoju. My korzystaliśmy do granic możliwości albo do granic wytrzymałości dzieciaków. Włócząc się po Barcelonie do późnych godzin nocnych staraliśmy się wchłonąć jak najwięcej z tej atmosfery.
Świetnym przeżyciem był mecz FC Barcelona - Real Madryt, który oglądaliśmy w nocy w hiszpańskim pubie przy zmrożonym mojito wśród rozentuzjazmowanych do czerwoności kibiców Barcy. Ależ to była jazda. Szkoda, że państwo tego nie widzieli:-) Zresztą jak FCB gra mecz, we wszystkich knajpach w Barcelonie wyciągane są telewizory i rozpoczyna się wspólne, głośne kibicowanie i nie ma w tym momencie nic ważniejszego! Atmosfera niezastąpiona i jedyna w swoim rodzaju. 
A jak już wracasz w środku nocy do hotelu, wykończony po całym dniu eksploracji miasta, to ściągasz buty, wychodzisz resztką sił boso na taras i słyszysz, że to miasto ciągle żyje - z oddali dobiega gwar, muzyka i śmiechy a tobie znowu się wydaje, że za szybko wróciłeś:-) Patrzysz ponad dachy i widzisz, że to miasto ciągle świeci blaskiem milionów lamp i wygląda jakby Rzym płonął... a ty z niepokojem odliczasz kolejne upływające wakacyjne noce i zastanawiasz się czemu u licha tak szybko mijają. 

Magiczna Fontanna - nocny spektakl światło i dźwięk przy placu Catalunya.
Mnóstwo ludzi, efekty przeciętne choć chwilami zaskakujące.
Fontanna - tego typu - we Wrocławiu nie jest wcale gorsza. 
Repliki żaglowców przy nadbrzeżu portu.
Nocne błądzenie po labiryntach Barri Gotic.
Wąskie uliczki. Idziesz w lewo, skręcasz w prawo a za chwilę jesteś już kompletnie zgubiony.

   Więc brniesz dalej i odkrywasz coraz to nowe miejsca, 
coraz bardziej oddalone od głównej części miasta.
Jest coraz mniej ludzi, jest coraz ciszej i ciemniej, 

już nie tak ładnie jak przed chwilą a atmosfera się zagęszcza - w końcu dociera do ciebie, 
że to przecież dzielnica gotycka.
Wtedy wyciągasz mapę i na azymut kierujesz się z powrotem do "ludzi".
Zabawa przednia - jak w harcerstwie.  


Magicznie kolorowa noc w Barcelonie.
Hogwart? - nie. To Katedra de Santa Eulalia późną nocą.


OKRUCHY BARCY.

Opowieściami o Barcelonie można by zanudzać w nieskończoność. Zdjęciami pewnie również. 
W czasie ośmio dniowego wyjazdu zrobiłem ponad 1000 zdjęć, do tego bloga wstawiłem średnio co dziesiąte (czyli ponad 100 fotografii) i na prawdę miałem (jak Franc Smuda) problemy z selekcją. 
Więc ja się pytam: jakim cudem moi rodzice gdy jeździłem z nimi jako dzieciak na wakacje robili z całego dwutygodniowego wyjazdu zaledwie 36 zdjęć (1 klisza)?? Pamiętam, że na niektóre wakacje mój tata kupował dwie! klisze czyli 72 zdjęcia - ale wtedy czuł się jak król arabii saudyjskiej i zastanawiał się czy to wogóle wykorzysta... :-)

Poniżej, jak to nazwałem okruchy Barcy - resztki zdjęć, które uparłem się pokazać. 
Ale jeśli tylko macie możliwość nie poprzestańcie na zdjęciach tylko pakujcie się i śmigajcie do Barcy. 
Bo jak śpiewał Freddie Mercury:

"Barcelona - tam spotkaliśmy się po raz pierwszy
Barcelona - więc jak mógłbym zapomnieć?
Ten moment, gdy weszłaś do pokoju a mnie zaparło dech w piersiach
Barcelona - wibrowała muzyka...
Barcelona - połączyła nas...
Jeśli Bóg zechce - pewnego dnia - spotkamy się jeszcze raz..."  


HASTA LA VISTA...
Plac Espania.
Aleja pomiędzy tymi dwoma weneckimi wieżami prowadzi do magicznej fontanny.
Dziewczyny w stylu flamenco - Mati w stylu Barca.

Disneyland? - nie. Szpital de la Santa Creu.
Ponad dachami Barcelony -
klimatyczny a zarazem oryginalny widok z naszego tarasu.
Pogubić się w tych uliczkach - niezastąpione.
Barca u stóp Ani...


A jak zapragniesz zamieszkać w Barcelonie zawsze możesz zakupić niewielkie mieszkanko do małego remontu - podsyłam namiary.

Do zobaczenia następnym razem - 
jeszcze nie wiem gdzie...
ale napiszemy.

Specjalne podziękowania i pozdrowienia dla Ani i Artura, którzy tchnęli we mnie chęć opisania tej podróży i w podziękowaniu losowi, że samolot zepsuł się szybciej niż wystartował:-)

1 komentarz:

  1. Rewelacja! Gdyby nie to, że już tam byliśmy, po przeczytaniu Waszej relacji, szukalibyśmy właśnie biletów do Barcelony! :)

    Ania i Artur

    OdpowiedzUsuń