4 września 2011

WIEDEŃ 2011

Po pierwsze: Wiedeń jest bliżej Pszczyny niż Warszawa, po drugie: droga do Wiednia jest dużo lepsza niż ta ze Śląska do naszej stolicy, po trzecie w Austrii nie ma kangurów a po czwarte ogólnie rzecz ujmując ceny są porównywalne, więc... jeśli jeszcze tego nie zrobiliście najbliższy słoneczny weekend warto spędzić w tym  uroczym mieście.


Nie ukrywam, że jest to już moja któraś wizyta w stolicy Austrii ale dopiero od kilku lat jeżdżę tam jak "normalny" turysta. Ilekroć wjeżdżam do Austrii przed oczami mam te same obrazy sprzed kilkunastu lat: wypełniony po brzegi okazjonalnymi handlarzami pijącymi po drodze "Żytnią" z plastikowych kubków, autobus marki Autosan, torby pełne papierosów, kryształów i różnych ciuchów na sprzedaż i "gestapo" na przejściu granicznym gdzie nieraz spędzaliśmy wiele godzin upodleni do granic możliwości ale zawsze z uśmiechem na twarzy. A potem - już po przekroczeniu austriackiej granicy - jak zaczarowani wpatrywaliśmy się przez zaparowane szyby w bajkowo kolorowy krajobraz mijanych miasteczek nie mogąc nadziwić się dlaczego przy stacjach benzynowych jest tyle pięknych aut, które ot tak po prostu można od razu kupić. Potem był już tylko szybki handel z turkami na Praterze, kanapka z Polski na prędce zjedzona na krawężniku, wymiana na lotnisku (pachnącym wielkim światem i mieszanką perfum z bezcłówki) szylingów - ewentualnie zakup dwukasetowego "jamnika" - i powrót do kraju. Z perspektywy czasu, tamte chwile określiłbym na swój sposób jako...tragi-magiczne.

A dzisiaj...? Wsiadasz w auto i po kilku godzinach jazdy jak równy z równym popijasz kawę w centrum miasta robiąc przy okazji drobne - czemu nie - zakupy.
Kluczem dobrego samopoczucie jest wybranie blisko centrum niedrogiego hotelu - a że robisz to przez internet - zawsze jest to jednak jakaś loteria. Tym razem trafił nam się hotelik w stylu akademickim. Czysto, schludnie i "100 metrów do metra" (zgrabne stwierdzenie, czyż nie?)


Kto by się nie cieszył na piętrowe łóżka...?
Nawet ja, choć w Vision Express mam już 44% zniżki ;-)
Szwedzki bufet na śniadania - całkiem nieźle zaopatrzony.

Nasz krótki weekend - korzystając z cudownej pogody i na życzenie dzieciaków - rozpoczynamy w wesołym miasteczku na Praterze. I tutaj małe ostrzeżenie - jest to jedno z najdroższych wesołych miasteczek w Europie (a wiem co mówię). O ile we wszystkich parkach rozrywki zawsze płacisz za 1 dzień średnio 50 euro (i korzystasz do woli z czego chcesz) o tyle na Praterze jest inaczej - nie płacisz za wejście ale za pojedyncze korzystanie ze wszystkich atrakcji. Nie dajcie się zwieść - to pozornie przyjazne rozwiązanie w efekcie wychodzi dużo drożej. Średni koszt jednej atrakcji wynosi od 3 do 5 euro. Łatwo policzyć, że limit 50 euro osiągniesz niespodziewanie szybko. Nim się obejrzysz twoja czteroosobowa rodzina z uśmiechem na ustach wydrenuje twój portfel a ty otrzesz się o załamanie nerwowe - zwłaszcza, że to dopiero początek dnia a twoja ukochana córeczka tak świetnie się bawi...
Samo wesołe miasteczko jest wizualnie dość przeciętne ale za to bardzo sympatyczne i głośne - z każdej karuzeli wydobywa się głośna muzyka i każda karuzela ma swojego DJ, który głośno nagania klientów. Ogólne wrażenie dość specyficzne. Ale wrzechobecny harmider jest nawet dość miły (pod warunkiem, że akurat nie boli cię głowa). Natomiast po zmroku - to jest już niezły power - poszczególne atrakcje zamieniają się prawie w małe dyskoteki emitując dymy, kolorową kakofonię świateł i jeszcze głośniejszą muzykę wspomaganą przez nawijających nieustannie DJ-ów. W tym temacie jeszcze jedna mała, osobista dygresja - w latach 80-tych byliśmy tutaj ze znajomymi maluchem na krótkiej jednodniowej wycieczce - i akurat wieczorem trafiliśmy na Prater (wtedy już też było tutaj kolorowo, głośno, wesoło i bogato). Ludzie bawili się, krzyczeli, kręcili na karuzelach i kupowali lody, gofry i waty cukrowe a w loteriach wygrywali wielkie pluszowe misie. A my staliśmy w naszych szarych, pomiętych zimowych kurtkach, bez grosza przy duszy i z otwartymi ustami - całkowicie nieobecni - wpatrywaliśmy się w ten "inny" świat. Jeden z nas wtedy trochę się pobeczał z żalu nad naszym (polskim) losem - nie napiszę kto - bo może sobie tego nie życzy... prawda?
Dzisiaj ten "ktoś" jeździ sobie regularnie ot tak na szybkie zakupy do Wiednia.

A więc Prater...


Na początek nowa atrakcja: Prater Turm. Niewinna karuzela łańcuchowa...
Ale za to kręcisz się z prędkością 60 km/h na wysokości 117 metrów!
Czyste szaleństwo.

Mati twierdzi, że to zdjęcie jest idiotyczne i ostatni raz dał się namówić na taką fotkę.

Wyścig międzynarodowy.


Mati pomaga zmęczonej siostrzyczce.
Trzeba się spieszyć z robieniem takich zdjęć bo to widok dość rzadki.
Ania dała się namówić na wizytę w pałacu strachów.
No i trauma na całe życie gotowa...
Pałac figur woskowych Madame Tussauds.
Nocne szaleństwo.
Volare - rollercoaster warty przetestowania.

Drugi dzień to wizyta w ZOO i naszym ulubionym Schonbrunn.
ZOO jak to ZOO - zwierzęta wszędzie te same. Pamiętajcie jednak, że jest to najstarsze istniejące na świecie ZOO a obecnie najnowocześniejsze. Ogólne wrażenia - jak najbardziej pozytywne, ZOO jest bardzo ładne i zachęca do spacerów - zwierzęta świetnie wyeksponowane - wybiegi zbliżone do naturalnych warunków zwierząt. Polecam wielki pawilon imitujący klimat lasów deszczowych - rewelacja. I obyście nie trafili na taką pogodę jak my - było iście afrykańsko a ludzie padali z upału. Generalnie must see.

Urocze ogrody i parki wokół ZOO. Fantastyczne miejsce na ciche spacery.
Pawilony z egzotycznymi roślinami i piękne ogrody.
Najbardziej wyluzowany miś świata.

Tajna baza pingwinów z Madagaskaru namierzona.





Ania zmęczona upałami.

Schonbrunn - dawna letnia rezydencja rodziny cesarskiej. To tutaj właśnie Franciszek Józef mieszkał z księżniczką Sisi. No i w ogóle wydarzyło się tu sporo. Wpadł tu kiedyś Napoleon a Mozart jako mały chłopak dawał koncerty. Wyjątkowo czarujące miejsce... ogrody, place zabaw, labirynty, piękne parki z setkami alejek i Bóg wie ilu ogrodników, którzy o to wszystko dbają. Ogólne wrażenie - niezapomniane. Jeśli chcesz przez moment poczuć się jak Alicja w krainie czarów - to miejsce ci w tym pomoże.

Fantastyczne miejsca na spacery i pełny - niczym nie zmącony relaks.

Mała księżniczka Sisi.
Idealne miejsce na zabawę w chowanego...
W pałacu Schonbrunn jest 1441 komnat!
Dopracowany przez Anię do perfekcji sposób wywierania na mnie presji.
Nie sposób odmówić...:-)

Głowa do góry...
do lądowaniu na lotnisku w Wiedniu podchodzi koreański Jumbo Jet.

Nasz krótki weekend w Wiedniu dobiega końca - jeszcze tylko kilka miejsc na szybko i czas wracać. 
I już można planować kolejny przyjazd od tego miasta - bo Wiedeń jest tego warty.

Pchli targ na którym możesz znaleźć wiele oryginalnych i osobliwych przedmiotów.
Spacer najdroższą ulicą Wiednia...
I spacer bocznymi uliczkami Wiednia.
Wizyta na stadionie - a jakże by inaczej.
Ulubione miejsca Matiego.
Do zobaczenia w innych miejscach...

1 komentarz: